wtorek, 21 września 2010

Co jest grane?

Co jest grane? 2010-08-18 19:48:43

Moje życie było idealne. Tak, mówię prawdę. Dla mnie moje życie było doskonałe i nie zamieniłbym go na żadne inne. Dom, rodzina...
Ech...  Tak, Przyjaciół mi brakowało. Jestem typem samotnika. Czasami było mi źle. Nie miałem wsparcia, brakowało miłości tej drugiej osoby, nie było kumpla, który by mnie pocieszył, gdy tego potrzebowałem. Poza tym moje życie było najwspanialsze na świecie.
Pewnego dnia wszystko się zmieniło. Pewnego jesiennego dnia mój piękny świat legł w gruzach wraz z jego fundamentami, zasypując mnie w nich...
Pewnego jesiennego wieczora po powrocie do domu dowiedziałem się ze mój ojciec miał rozległy zawał i nie żyje. Nie mieszkałem z nim, ale był jednak moim ojcem i nadal żywiłem do niego dziecięce uczucie miłości i uwielbienia. Moje serce nie tyle rozrywał mi potok żalu, co siła nienawiści. Byłem zły na samego siebie. Ludzie zbyt szybko odchodzą. Odchodzą, a my, a ja jestem wobec tego bezradny. Jestem panem swojego życia, ale nie mam władzy nad śmiercią.  Czy to nie ironia? Mój ojciec odszedł. Odszedł już na zawsze i nigdy nie wróci. Zostałem sam z matka i siostrą.
Zamknąłem się w pokoju z nienawiścią do samego siebie. Z nienawiścią, która wyzwoliła we mnie nową siłę...
(Może wyda ci się to dziwne, ale każdy człowiek posiada taką wewnętrzną energię, której nie umie wyzwolić w żaden sposób, a próby te są tak naprawdę podświadome i nieustanne, bo w rzeczywistości ona sama chęć się z nas wydostać.)
Ta złość wyzwoliła we mnie tą energie i stałem się wyprany z ludzkich emocji. Niewzruszony. Nie byłem ani szczęśliwy ani smutny. Byłem bez wyrazu, nijaki, nic nie odczuwałem i niczego nie okazywałem.
Zmęczony po tym wszystkim rzuciłem się na łóżko i usnąłem.
Zerwałem się nagle. Było już ciemno. Zajrzałem na zegarek. Nie. Było chwile po piątej. Jednak świtało. I tak bym nie zasnął, więc poszedłem do łazienki by sie ogarnąć i ubrałem się. W końcu zmierzałem do kuchni. Przechodząc obok drzwi zewnętrznych usłyszałem ciche pukanie. Stanąłem na chwilę. Nie. Musiałem się przesłyszeć, pomyślałem. Już podnosiłem nogę by zrobić kolejny krok do przodu, gdy pukanie sie powtórzyło. Tym razem było głośne i słyszalne.
Byłem ciekawy, kto się dobija tak wcześnie. Dobrze, że nie użył dzwonka. Zajrzałem przez małe oczko w drzwiach. Ujrzałem twarz jakby znajomego mi chłopaka, ale nie potrafiłem sobie przypomnieć gdzie go już widziałem. Trudno, oby miał ważny powód, bo robiłem się już głodny. Otworzyłem drzwi żeby go wysłuchać mając nadzieje, że będzie się streszczał.
- Hej. - Nie przypuszczałem, że mam tak zaspany głos.
- Hej. Nareszcie. - Odparł wesoło.
- Co nareszcie? Co się stało? - Starałem się mówić tonem zachęcającym do zwierzeń - Wejdź.
Rozmowa w drzwiach o poważnych problemach... Nie to nie odpowiednie miejsce, zresztą to nie kulturalne. No i to echo nad ranem na pustej klatce schodowej. Nie miałem zamiaru budzić sąsiadów, czy wysłuchiwać później ich narzekań na hałasy nad ranem. A ta sąsiadka z czwórki... Z tą lepiej nie zadzierać.
Chłopak uśmiechnął się szeroko i raźnym krokiem wszedł za mną do kuchni.
- Masz ochotę na małe śniadanie? - Zapytałem grzecznie.
- Ok. Oczywiście, jeśli mogę. Może ci pomóc?
- Nie, nie trzeba. Poradzę sobie - wyciągnąłem jajka i patelnie. Ciągle starałem się sobie przypomnieć gdzie go już widziałem. Wysoki brunet o czarnych oczach w czarnych glanach i dżinsach, granatowa koszulka z krótkim rękawem.
- Możesz mi przypomnieć jak masz na imię?
- Baltazar - mimo że stałem tyłem wiedziałem, że uśmiecha się jeszcze szerzej
Nie, imienia nie kojarzę. Cholerka czyżbym miał tak słabą pamięć? Hmm...
- Skąd ja cię znam? Wcześniej cię tutaj chyba nie widziałem. Przypomnij mi. - Poprosiłem grzecznie mieszając paćkę coraz bardziej przypominającą jajecznice.
- Mieszkam w okolicy od jakiś dwóch lat. - Nagle jakby spochmurniała.
- Ciekawe, czemu się wcześniej nie poznaliśmy? Na jakiej ulicy mieszkasz?
- Na poprzecznej.
- To przecież całkiem blisko. - To było niemożliwe. Znałem tu prawie wszystkich. Wszystkich z widzenia. I znajomych tych wszystkich też. Tylko jego jakoś nie za bardzo kojarzyłem. - Widocznie musiałem cie przeoczyć - stwierdziłem wkładając jajecznice na dwa talerze i stawiając je na stole.
- Dzięki.
- Proszę. Powiesz mi, co cię sprowadza do mnie tak wcześnie?
- Ty.
- Ja? - Nie no to chyba jakiś żart, pomyślałem
- Nie, moja ciocia Gienia.
- Acha. - Mruknąłem bezmyślnie przełykając maleńką porcje jajecznicy.
- Ech... No przecież, że ty inaczej bym z tobą nie siedział i nie rozmawiał. - Mówił trochę podniesionym głosem, na szczęście nie krzyczał.
- Ja, to znaczy, że co?  - No i zrobiłem z siebie idiotę.
- No ty, że ty. Przyszedłem do ciebie rozmawiać o tobie. - W tonie jego głosu wyczułem zrezygnowanie
- Co? - Dalej ciągnąłem proceder robienia z siebie tępego kretyna - Możesz tak jaśniej?
- Więc ty nic nie wiesz? Nie wiesz, kim jesteś? - Ten fakt go wyraźnie zaskoczył.
- Wiem. Nazywam się Morgan Tacher i mieszkam tu już od siedemnastu lat. - Mój gość nagle zaczął się śmiać.
- Może to lepiej, że do tej pory nie wiedziałeś, kim jesteś - wyksztusił, kiedy wreszcie zaczęło mu przechodzić. - Nikt ci nic nie powiedział, nie no, nie wierze. Ty nie masz o niczym bladego pojęcie. To teraz będzie niezła jazda. Zdziwisz się chłopaku, co jest grane
- Baltazar uspokój się - parsknął ktoś z pogardą - Dzieciak ma szczęście, że jeszcze go nie dopadli
Do pomieszczenia weszła przepiękna dziewczyna. Jej włosy były płomiennie rude, oczy czysto błękitnie, a twarz bez najmniejszej skazy. Nie była za wysoka, ale poruszała się z niezwykłą gracją. Miała na sobie jasno niebieskie dżinsowe rurki i żółto czarną bluzeczkę.
- Ha! Ha! No fakt Ela, ale jak mieli go znaleźć skoro nie wiedzieli, czego szukać.
- Zamknij się już, bo zaraz nas znajdą. - Po tych twardo rzuconych słowach chłopak nagle spoważniał
- Przepraszam, może mi ktoś wreszcie wyjaśnić, co się dzieje? - Cały czas tempo przysłuchiwałem się ich krótkiej dyskusji i teraz miałem ochotę żeby ktoś mi wreszcie powiedział, co się do jaśniej ciasnej dzieje.
- To jest Elegia. Ma doskonały wzrok i niedościgniony słuch. Potrafi wyłapać odrzutowca pędzącego z ponad dźwiękową prędkością o pięć minut szybciej zanim znajdzie się nad twoją głową
- Ach wciskacie mi kolejny kit. Tak? - Nie w takie bajki nikt by nie uwierzył, nawet ja
- No i widzisz, co narobiłeś. Dobra i tak musimy się stąd zmywać. Czarne Kobry kręcą się w okolicy. - Rzuciła lekko zdenerwowana dziewczyna
- Zbieraj się Morgan. Idziesz z nami.
- Co?! - Głośno zaprotestowałem, nie miałem zamiaru nigdzie iść
- Nie krzycz, bo obudzisz cały blok. Wychodzimy. Wszystko wyjaśnię ci na miejscu.
- Ale dokąd mnie zabieracie?!
- Uspokój się już. Zabieramy cie do naszej kryjówki. Tam wszystko ci wyjaśnimy. No a teraz nie marudź tylko chodź.
Baltazar pociągnął mnie za sobą i ani się obejrzałem już wychodziliśmy z mieszkania. Zdążyłem tylko szybko wsunąć nogi w moje trampki, a w sekundę później chłopak zamykał drzwi na klucz. Za nim jeszcze zamek zdążył dobrze zgrzytnąć klucza już nie było.
- A ty, co potrafisz? - W moim głosie pobrzmiewało lekkie przerażenie
- Pokaże ci na miejscu.
Więcej żadne z nich się nie odezwało. Prowadzili mnie różnymi uliczkami, których nie znałem. Miałem dziwne wrażanie, że oni sami nie wiedzą, dokąd idą. Kręcą się w kółko, błądzą nie potrafią się odnaleźć albo próbują mnie gdzieś wyprowadzić. Przecież poprzeczna jest tuż za rogiem!  Milczałem jednak cały czas czekając na rozwój sytuacji. Słońce powoli sie podnosiło a my nadal szliśmy. Miałem już dość tego bezsensownego łażenia. W końcu odczułem jak strasznie moje nogi mają dość. Na piecie zaczęły mi się robić palące pęcherze od słabo zawiązanych butów. Błagam niech to się już skończy!
Nagle się zatrzymali.  Baltazar zerknął kontem oka na dziewczynę, ta z kolei lekko skinęła głową. Chłopak narysował coś w rodzaju dużego prostokąta, w którym powietrze zaczęło delikatnie falować.
- Panie przodem. - Powiedział radośnie. Elegia przeszła na drugą stronę i zniknęła nam z oczu. - Twoja kolej - powiedział tłumiąc chichot
Zbliżyłem się do tego dziwnego czegoś, w którym powietrze się parszało. Poczułem jak delikatny wiaterek owiewa mi twarz. Zbliżyłem się jeszcze bardziej i...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz