wtorek, 2 listopada 2010

Czy tylko ja tu jestem normalny?

Nagle znalazłem się po drugiej stronie. Przenikając przez to dziwaczne „coś”, miałem wrażenie, że przeszedłem przez cienką ścianę wody.
Kiedy już się dokładnie obejrzałem i stwierdziłem, że jestem suchy i cały, rozejrzałem się do koła. Staliśmy pod bramką rudery starego domu, którego konstrukcja, co prawda przypominał zamek – ogromny biały budynek o czarnym dachu, czerwonych łukach nad oknami z elementami zdobionymi. Z całą pewnością był to jednak dom, w dodatku całkiem prosty w swej budowie. Otaczał go misternie zrobiony i przepełniony motywami roślinnymi, ciemny płot, za którym rosło kilka drzew i bujny trawnik.
Nagle zorientowałem się gdzie jesteśmy. Staliśmy na ulicy Poprzecznej. O nie! Przecież to niemożliwe! Z całą pewnością oszalałem, bądź śnie. Przecież jeszcze chwile temu staliśmy na jakiejś brudnej i zapyziałej ulicy gdzieś na przedmieściach! Moje zmęczone nogi ugięły się pode mną. Tyle łażenia tylko po to żeby wrócić do miejsca, w które idzie się w piętnaście minut z mojego domu. Świat stoi na głowie!
- Witaj w naszym świecie. – Zaśmiała się z ironią Elegia.
- Chodźmy – Nawet nie zwróciłem uwagi, kiedy Baltazar dołączył do nas. Mijając mnie zachichotał.
- No, co?! – Zapytałem poirytowany.
- Nic. – Znów zachichotał – Ha, ha ta twoja mina.
- Daj już spokój. Lepiej się pośpiesz, bo już czekają na nas. – Przerwała mu Elegia ruszając przodem.
- Kto?
- Ech… Morganie. Trochę cierpliwości – otworzyła starą pordzewiałą furtkę. Oczywiście poszedłem za nią jak ten głupi. Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć tylko ze byłem bardziej ciekawy niż przerażony czy zszokowany, no i jestem bardzo otwartą osobą.
Nim się obejrzałem staliśmy już przed wielkimi dębowymi drzwiami domu, które dziewczyna uchyliła z zadziwiającą łatwością. Z progu wnętrze wydawało się być ciemne i ponure, lecz gdy tylko go przekroczyłem doznałem ( zresztą nie po raz pierwszy i nie ostatni) szoku.
W budynku było jasno i ciepło. Nie był żadną ruderą, a nawet powiem więcej – był urządzony w całkiem dobrym guście. W przedsionku wisiał ogromny kryształowy żyrandol oświetlając ściany kawowego koloru i rzucający blask na piękne kafelki, których skomplikowane wzory przykuwały uwagę. Przeszliśmy dalej do holu, który miał w sobie coś z rodzinnej atmosfery i klimatu, mimo czarnej kolorystki ogromnego pomieszczenia. Ściany zdobiły ogromne obrazy w złotych ramach przedstawiające różne sceny i pejzaże. Po mojej prawej i lewej stronie były drzwi ustawione do siebie podobnie. Były czarne o pojedynczych skrzydłach przeciwieństwie do wielkich drzwi wejściowych. Na wprost mnie usytuowane były potężne schody wykonanych z białego marmuru, o dwóch ramionach prowadzących na piętro. Ależ się zagapiłem! Tam zamiast korytarza wokół holu ciągnął się balkonik wykonany z tego samego materiału, co i schody. Spojrzałem jeszcze w górę w poszukiwaniu wielkiego żyrandola. Nie zawiodłem się. Nad moją głową na wysokości jakichś pięciu metrów wisiała ogromna ilość kryształu zawieszona na złotym łańcuchu.
Dziewczyna wprowadziła nas do ogromnej sali u szczytu schodów. Pomieszczenie miało kształt prostokąta. Na środku ustawiony był długi stół, a przy nim dwadzieścia krzeseł. W węższej ścianie na wprost stołu był umieszczony kominek dość sporych rozmiarów. Nad nim wisiało duże lustro w kunsztownej złotej ramie. Tu również piękne i zapewne drogie obrazy zdobiły ściany w kolorze arbuzowym.
- Morganie – zamknij buzie. –Upomniał mnie Baltazar. Ach no tak. Z wrażenia opadła mi szczęka. Dziwne, że nie poczułem jak upadła na podłogę.
Sala miała trzy okna umieszczonej na tej dłuższej ścianie skierowanej ku południu. Przez nie wpadały ostatnie promienie letniego słońca, sprawiając, że było tu ciepło i przyjemnie. Z pewnością musiała być to jedna z przytulniejszych „komnat” w tym „pałacu”.
Panującą cisze przerwał tupot stóp kilku ludzi i szmer ich rozmów. Do pomieszczenia weszło około dziesięciu osób. Jedną z przybyłych była nadąsana dziewczyna, która zaczepnie przeszła obok mnie i zasiadła wygonie w skórzanym fotelu zwróconym ku kominkowi. Czyżbym nie dowidział? A może jestem aż tak tępy i nie uważny? – Teraz było tu trochę więcej mebli - dwie ekskluzywne kanapy ustawione na przeciwległych ścianach, dwa regały zapełnione różnymi książkami ( tych tam na pewno wcześniej nie było!).
- To na pewno on? – Zapytała dziewczyna z fotelu, gdy wszyscy już siedzieli.
- Tak. A co? Może chcesz robić test DNA? – Wykpił dziewczynę Baltazar – On po prostu jeszcze o niczym nie wie. - Obruszona dziewczyna zwróciła twarz ku kominkowi jakby próbowała odnaleźć coś niezwykłego w leżących tam popiołach. – Morganie proszę usiądź – wskazał mi miejsce o dziwo u szczytu stołu. – Nie ma wszystkich. Gdzie jest reszta?
- Leonard, Asiek i Dominik wczoraj byli tak uradowani, że postanowili się zabawić. Znasz ich. Teraz siedzą na komendzie czekając aż wypuszczą ich do domu.
- Ech… No trudno. Obejdziemy się bez nich. – W jego głosie było jakieś zrezygnowanie. Czyżby owa trójka zbyt często szukała sobie ( ze skutecznością) powodów do imprez? – Zaczynamy. Mnie już znasz, Ele również. – Dziewczyna naprzeciw mnie uśmiechnęła się przyjaźnie –Tamta obrażona to Lilith. Jeszcze nie gryzie, ale lepiej bądź ostrożny. – Zażartował.
- Sam się ugryź. – Parsknęła opryskliwie.
- Tam na tamtej kanapie pod oknem to Kamil i Olga – Niewysoka blondynka o radosnych oczach tuliła się do chłopaka o bujnych, jasnych, blond włosach i czarnych oczach. Był od niej wyższy i miał dość bladą karnacje. Naprawdę nietypowa uroda. Najbardziej w oczy rzucał mi się ten kontrast miedzy nimi… I chyba najwyraźniej byli parą – Po przeciwnej stronie Karmelka – Brązowo oka szatynka uśmiechnęła się do mnie ciepło – i Laura. – Kompletne przeciwieństwo tej pierwszej. Błękitno oka platynka. – Tamten przystojniak w kocu stołu to Korneliusz. Naprzeciwko niego Filipa, a ta ślicznotka to Obliwia. - Wypowiedział jej imię z dziwną nutą uwielbienia. Świetnie. Kolejny zakochany. – Brakuje jeszcze Leonarda, Aleksandra i Dominika.
- Yyy.. Miło was poznać. – Przywitałem się z zająknięciem. – Eee... Cześć. – Super po raz kolejny robie z siebie niedorozwiniętego.
- Nam też, Kurcze nareszcie. - Baltazara rozpierała radość i entuzjazm. – Teraz ci powiemy, po co cię tu ściągnęliśmy.
- Okej… - Zgodziłem się powoli.
- Widzisz każdy z nas posiada jakiś talent, a ty jesteś jednym z nas. Do tego momentu chyba łapiesz?
- Chyba. – Przytaknąłem zdezorientowany.
- Świetnie. Już wiesz, na czym polega dar Eli. Ja potrafię przenosić różne przedmioty z miejsca na miejsce. Ale tylko przenosić, nie poruszać. Każdy z nas tutaj zgromadzonych posiada jakiś nadzwyczajny dar, a ten budynek jest w zasadzie naszą siedzibą. Jak widzisz nie często spotykamy się w pełnym składzie. To tylko wyjątkowe okazje. Powiedz nam, jaką mocą ty dysponujesz?
- Eee… - Jaka znowu moc?! Czy ich przypadkiem prąd nie poraził? – To chyba jednak jakaś pomyłka…
- Mówiłam ci Baltazarze. Szczeniak nie jest jednym z nas, ściągnie tylko na nas kłopoty. - Niemal wykrzyczała to Lilith. Już nie siedziała. Jej głos był przepełniony pogardą, a twarz przybrała groźny wyraz. Można by pomyśleć, że naprawdę mogłaby kogoś zranić. Rozjuszona jak osa, ale… No cóż muszę przyznać, iż bardziej przypominała zwinną dziką kotkę. Choć jej błękitne oczy płonęły, wargi wydęły lekko drgając. Przeniosła ciężar ciała z jednej nogi na druga jakby było to coś zupełnie naturalnego. Palce zaciśnięte w pięściach powoli bielały, mięśnie w nich drgały – zupełnie jakby naprawdę miała się zaraz na kogoś rzucić i wydrapać mu oczy. Długie złote włosy utworzyły bujną, nastroszoną grzywę otaczającą jej drobną twarzyczkę. Hmm… Wyglądało to całkiem uroczo.
- Lilli! W tej chwili przestań! – Krzyknął na nią czyjś bas. Był to Kamil. On również stał. Olga trzymała jego dłoń spoglądając w górę z obawą. Twarz chłopaka była jednak jeszcze bardziej zimna i pozbawiona wyrazu. Bez uczuć, ale o dziwo było w tym coś zachwycającego, przyciągającego i magnetyzującego.
- Baltazarze. – Odezwał się z istnym spokojem Korneliusz.
- Tak?
Stali tak w milczeniu przez dłuższą chwilę, patrząc sobie głęboko w oczy i wymieniając spojrzenia. Nie czekając na nic wściekła blondynka ruszyła szybkim krokiem w stronę drzwi, jednak, gdy tylko zbliżyła się do Baltazara ten ją zatrzymał.
- Wychodzę! – Ryknęła.
- Musimy najpierw porozmawiać.
- Ja nic nie muszę!
- I tak cię tu ściągnę. – Dziewczyna tylko prychnęła – Lilli proszę… - jego głos był teraz przepełniony żalem i bólem – nikt z nas nie wybierał sobie takiego życia. Nie jesteś sama. Proszę, zostań… - Wargi dziewczyny zacisnęły się mocno i mimo wszystko wyszła. Nie rozumiałem tego, co się właśnie stało. W Sali panowała niezręczna cisza, którą dopiero przerwał szept Obliwi.
- Ona nigdy tego nie zaakceptuje. – Jej głos był czysty i dźwięczny. – Nie wymagajmy od niej niemożliwego. – Po raz kolejny zapanowała cisza. Kamil z powrotem zajął swoje miejsce, a jego towarzyszka zaczęła czule gładzić go po włosach. Fuj!
- Przepraszam Morganie, że musiałeś oglądać tą scenę. – Pokornie przeprosił mnie Baltazar. – Wracając już do ciebie. Nie wiesz, jaką mocą dysponujesz?
- Nie dysponuje ŻADNĄ mocą. - Teraz to im chyba odbiło!
- Hmm…
- Baltazarze, zacznij może tak całkiem od samego początku. Albo pozwól, że ja to zrobię. – Teraz Korneliusz podjął próbę wprowadzenia mnie w ich dziwne życie. Jego głos był przyjemny dla ucha, ciepły i spokojny – Widzisz Morganie jesteśmy trochę inni normalni ludzie, bo każdy z nas posiada jakąś moc lub talent. Możesz to też nazwać inaczej. Istnieją różne legendy na nasz temat. Różne są też wersje tego jak powstaliśmy. Ta najmroczniejsza, która zapewnia nam złą sławę, sięga czasów, gdy Szatan panował na Ziemi, a ludzie zawierali pakty z diabłami. Było to bardzo dawno temu. Jeden z panujących wówczas królów miał sporą gromadkę dzieci. Chciał, aby nie tylko panowały w jego królestwie, ale by każde z nich miało władzę nad kawałkiem świata. Zawarł, więc pakt z samym Lucyferem żądając by ten obdarzył jego dzieci największymi siłami świata. W zamian otrzymał dusze króla, jego dzieci oraz wszystkich mieszkańców królestwa. Lucyfer jest jednak przebiegły i nikt z nim nie wygra. Zamiast oddać królowi we władanie armię potępionych i nie umarłych obdarzył jego synów i córki nadzwyczajnymi mocami. Poniekąd Szatan wywiązał się z umowy, a nawet zrobił trochę więcej. W tedy rozpoczął się wielki Chaos i prawdziwa walka Dobra ze Złem. To wtedy powstał słynny „ młot na czarownice”. Za czary i magię palono ludzi na stosach po kolei wszędzie tam, gdzie pojawiali się nasi młodzi władcy. Te niewinne ofiary jak już się pewnie domyśliłeś to dzieło, ale i zarazem żniwo Lucyfera. Ci młodzi ludzie tak naprawdę byli Bogu ducha winni.
Nie jest to dla nas chwalebna historia, ale nie jest zupełnie prawdziwa – sprostował lekko się uśmiechając – Kolejna wersje jest całkowicie sprzeczna. – Słuchałem tych historii zafascynowany, zaciekawiony, jak i również pełny sceptycyzmu. – Mówi o tym, iż nasze zdolności są wyłącznie darami samego Stwórcy. Wiąże się z tym również pewna historia. Pewnej ciemnej, jesiennej nocy Bóg bacznie przyglądał się Ziemi przenikają jej ciemności. Spoglądając w dół widział rzeczy straszne. Morderstwa. Gwałty. Kradzieże. Oszustwa. Stworzył te istoty z zamiarem czynienia dobra. Ich zadaniem było szerzenie dobra, a tymczasem jego ukochane dzieci popychały się, wyzywały i odwracały od niego. Przywołał do siebie swoich archaniołów, a następnie wysłał ich na Ziemię by obdarzyli nadzwyczajnymi darami wyłącznie ludzi o najczystszych duszach. Wręcz kryształowych. Połączone moce miały dźwignąć świat na nogi, przywracając mu dawny ład, spokój i harmonię czyniąc go znów dobrym. Według dawnego podania siła połączonych talentów była równa władzy samego Boga.
- Naprawdę? – Ech… Nie wytrzymałem. – To możliwe?
- Nie. A raczej nie powinno, bo to tylko legenda. Nie wyobrażasz sobie, co mogło złego stać się gdyby to była prawda. Jest jeszcze inna teza.
- Teza? – Czyli coś naukowego. Co miała wspólnego nauka z tymi banialukami, które mi wciskano?
- Tak. Dotyczy czasów, gdy powstawał świat, planety i to, co na nich się znalazło. W czasie wielkiego wybuchu niektóre cząstki całkiem przypadkiem w dziwny sposób wystrzeliły w przestrzeń zawisając w niej. Po bliżej nieokreślonym czasie i w bardziej tajemniczy sposób wróciły na Ziemię. Dokładniej mówiąc to godziły w organizmy żywe pozostając w nich. W końcu każdy z nas posiada w sobie cząstkę wszechświata czyż nie? U jednych z nas jest mniej aktywna, u innych bardziej. W każdym razie wiemy, że jest to powiązane z genami, a nasze zdolności są dziedziczne.
- Dziedziczne? – No coraz lepiej.
- Tak. Widzisz każde z nas posiada bądź posiadało rodziców. Nie zawsze wiedzieliśmy o naszej inności. Niektórzy z nas nie mieli pojęcia o istnieniu takich rzeczy. W ich rodzinach ta mutacja genowa była przekazywana, ale nieuaktywniana. Uśpiona czekała na wyzwolenie. Ułatwiają to silne mocje. Często strach, a czasem złość, tak jak to było w twoim przypadku. To właśnie dzięki temu Aleksander cię namierzył, a raczej wyczuł, że do nas dołączyłeś. Leonard przewidział, że ktoś do nas dołączy - Leonard przewiduje przyszłość.. Prawdę mówiąc to trafiliśmy do ciebie dzięki Lili.
- A co ona robi?
- Załamuje czas i przestrzeń. Krótko mówiąc potrafi przemieszczać się w światach równoległych.
- Acha. Czemu mnie tak nienawidzi? – Zapytałem zaciekawiony powodem zachowania dziewczyny.
- Nie nienawidzi ciebie. To grubsza sprawa. Chodzi o nasz styl życia. Ona wolałaby być normalna, choć nam to nie przeszkadza. Na początku wszystko wydawała się być dobrze. Myśleliśmy, że zaakceptowała to, kim jest, gdy nagle oznajmiła nam swoje odejście. Baltazar pozwolił jej na to, jednak ciągle mieliśmy ją na oku i na całe szczęście, bo często pakowała się w kłopoty. Po pół roku zdecydowała się do nas wrócić.
- Co masz na myśli mówiąc „pakowała się w kłopoty”? – Dziewczyna i kłopoty? Ciekawe…
- Miała problemy z Zakonem Czarnych Węży.
- Czarnych Kobr – poprawiła szatynka siedząca na kanapie pod ścianą.
- Jedno dziadostwo. Gady to gady. – Skitował chłopak.
- Ja bym nawet powiedział, że to wredne żmije – Zachichotał Baltazar.
- Czarne węże to nic w porównaniu z Refluksami. Te do dopiero są dranie. – Wtrącił Kamil – nic tylko wysłać ich na jakąś odległą planetę w odległej galaktyce.
- Wszystkich sprzymierzeńców Mardoka trzeba było by gdzieś wysłać na wieczne wakacje. – Dodała Laura.
- Kim oni są? – O tym nie miałem żadnego pojęcia.
- Widzisz… - pośpieszył z wyjaśnieniami Korneliusz - W naszym pięknym mieście jest czarnoksiężnik Mardok. Wydaje mu się, że ma prawo tu rządzić i może robić, co mu się żywnie podoba. Nas oczywiście uważa za przeszkody i zrobi wszystko żeby się nas pozbyć. Do pomocy ma policje, Zakon Czarnych, Upa…
- Korneliusz nie bądź rasistą. – Wtrąciła żartując Elegia.
- …dłych. Spokojnie nie jestem. Refluksy i inne swoje dziwne stwory nocy. Z tego wszystkiego Refluksy są najgorsze. Potrafią wyczuć z odległości dwóch kilometrów użycie choćby minimalnej ilości naszej mocy. To tacy Tropiciele. Na całe szczęście wychodzą dopiero po zmierzchu, więc w dzień możesz być spokojny.
- A ten cały Mardok… Czemu go nie wypędzicie? – To było zastanawiające.
- To nie takie proste. Jest bardzo potężny i wprawiony w swej sztuce. Sam nie miał byś z nim ułomka szans. Tylko raz spotkaliśmy go i na całe szczęście byliśmy wtedy całą grupą. Tylko dzięki naszej pracy zespołowej nadal tu jesteśmy.
Pierwszy raz słyszałem te dziwne nazwy i historie. Czyżby oni naprawdę poszaleli i mówią o rzeczach nieistniejących? Czy to może jednak tylko sen? A ten ich styl życia… Niebezpieczny i dziwny. Jak jakaś sekta? Super! Po prostu pięknie! Ech… W co ja się władowałem? A tak w ogóle to jak z tego wybrnąć? Trudno zagram w ich grę, później się z tlenie i tyle.
- Czy są jeszcze jakieś inne niebezpieczeństwa, które na mnie czekają a o których nie wiem?
- Jeśli tylko zachowasz wszystkie środki ostrożności nikomu nic się nie stanie.- Poinformowała mnie Filipa.
Nagle zegar na kominku zaczął wybijać dwunastą i przypomniałem sobie o istnieniu mojego normalnego świata. W domu została mama i siostra… Cholerka pewnie już zdążyły się o mnie zamartwić, a mama dostaje kolejnego ataku histerii. Skrzywiłem się lekko na tę myśl.
- Kurcze, przepraszam, ale muszę już iść.
- Czy coś się stało Morganie? – Zapytała z troską Obliwia.
- Nie. Po prostu zostawiłem w domu mamę i siostrę. Powinienem być teraz przy nich. Zwłaszcza przy mamie. Niedawno zmarł mój ojciec i strasznie to przeżywa. Chyba sami rozumiecie.
- Tak. Rozumiemy. – Przytaknął mi Baltazar – Przekaż jej nasze kondolencje.
- Dobrze. Dziękuje.
Wstałem powoli i ruszyłem ku drzwiom. Olga patrzyła z taką czułością na tego blondyna, że aż mi się zrobiło niedobrze. Odwróciłem szybko wzrok i czym prędzej przekroczyłem próg pomieszczenia. Zanim jednak jeszcze zdążyłem zamknąć za sobą drzwi usłyszałem (o ile się nie przesłyszałem) głos dziewczyny – Widzisz ja też cię tak kocham, jeśli nie bardziej. - Fuuuuu!
Wyszedłem stamtąd jak najszybciej i najkrótszą z możliwych dróg wróciłem do domu. Oczywiście drzwi były zamknięta na klucz. Zakląłem pod nosem i delikatnie nacisnąłem na dzwonek. (Jakby to mogło coś zmienić. Głupek.) Drzwi otworzyła mi siostra. Od razu w panice zacząłem wzrokiem szukać mamy.
- Nie bój się. Gotuje obiad. – Poinformowała mnie mała zamykając drzwi.
- Dzięki. – Pogłaskałem ją po głowie – Jak się dzisiaj czuje?
- Bo ja wiem. Nie płacze, ale oczy ma jakieś dziwne. Możliwe jest, że komuś brakuje łez?
- Nie wiem Moniko. Nigdy wcześniej nie spotkałem się z czymś takim.
- Morgan? – Usłyszałem słaby głos dochodzący z kuchni.
- Tak to ja. Przepraszam ze tak długo mnie nie było. – Dodałem wchodząc do małej kuchni.
Od lat w tym niebieskawym pomieszczeniu nic się nie zmieniało. Stolik dosunięty do ściany, a przy nim stojące krzesła. Wysłużona kuchenka, lodówka, kredens i szafki, które nigdy nie były wymieniane. Żyrandol wiszący na wyciągnięcie ręki i wielkie okno wychodzące na ulice. Odkąd pamiętam było tu tak zawsze…
- Nic nie szkodzi. A gdzie byłeś? - Świetnie. Jak mam jej teraz wytłumaczyć, ze uprowadziła mnie banda postrzeleńców uważająca się za super bohaterów?
- U znajomych. – Ech, nienawidzę kłamać.
- Fajni są? – Zapytała z nieudawaną ciekawością. Łał! Wreszcie wykrzesała z siebie trochę uczucia.
- Tak. Są bardzo ciekawi. Potrafią dużo różnych rzeczy.
- Mieszkają gdzieś tu blisko, tak?
- Tak. Przyszli rano i wyciągnęli mnie na spacer.
- Dużo masz już tych znajomych. Jak ty ich wszystkich pamiętasz?
Faktycznie, dużo już się ich nazbierało przez tyle lat. Na szczęście istnieje taki fajny wynalazek jak telefon komórkowy. W nim mam przypisany do każdej osoby (oczywiście z imieniem i nazwiskiem) adres domu, email, numer telefonu i czasem jakieś inne notatki. Jednak większość z tych ludzi znam już doskonale.
- Kwestia czasu. – Odpowiedziałem z uśmiechem.
- Ciągle mnie bardzo ciekawi, dlaczego w śród tak dużej ilości znajomych nie znalazłeś sobie jeszcze dziewczyny. Nie ma ładnych? Są już zajęte? A może nie masz żadnej dziewczyny między swoimi znajomymi? – Ech… Znowu zaczyna się ten głupi temat.
- Oj mamo, nie śpieszy mi się.
- No dobrze, dobrze. Ale chłopcy w twoim wieku, już dawno chodzą na randki, a przynajmniej rozglądają się za ładnymi dziewczynami. – Ta to lubi gadać. Szkoda, że akurat na ten temat.
- Mamo proszę cię. Po prostu jeszcze nie pojawiła się ta odpowiednia.
- Jasne. Przebierz się i umyj ręce. Zaraz będzie obiad.
Nareszcie dała mi spokój. Co? Nie lubię tych głupich pogawędek o dziewczynach. Może i niektóre są fajne, ale to kompletnie inny kosmos. Nie każda ma podobne zainteresowania, co facet. A jeśli nawet dziewczyna mówi ze jest inaczej to przeważnie kłamie. To nazywa się zwykła płytkość. Poza tym kobiety są niepoprawnymi romantyczkami. Każda chce kwiatów, romantycznych kolacji i wieczorów, a czasem wierszy. Biedaczkom w mózgach zwoje się poplątały od tych brazylijskich seriali.
Jednak moja mama to zupełnie inny świat. Nie jest podobna do żadnego typu kobiet. Jest wyjątkowa, bo w niej jest coś takiego, co sprawia, że czasem robi się urocza jak mała dziewczynka. Może to jej zabawne fochy, albo chwilowa nieporadność i niezdarność.
Przebrałem się szybko i poszedłem do łazienki, aby się umyć. Mama już stawiała na stół talerze wypełnione gorącą pomidorową.
- Morgan? – Usłyszałem cienki głosik mojej siostrzyczki.
- Tak?
- Narozrabiałam. – Odpowiedziała cicho. – Będziesz na mnie krzyczał? – He, he jej słodki głos sprawiał, że ciężko było się na nią denerwować zwłaszcza, gdy robiła słodkie minki,
- Zależy, co nabroiłaś. – Odpowiedziałem twardo.
- Rozbiłam wazon mamy. – Spojrzałem na nią. Stała skruszona ze spuszczoną główką. Nagle skojarzyłem, co miała na myśli mówiąc „wazon mamy”.
- Ten kryształowy?! – Prawie krzyknąłem. Teraz mi jeszcze tylko brakowało żeby mama dowiedziała się i wściekła na mnie. Oczywiście da mi szlaban o ile wcześniej mnie nie zabije.
Mała tylko przytaknęła. Nie podnosiła wzroku. Super, teraz beczy.
- Nie płacz. Coś wymyśle. Posprzątałaś już go? – Znów tylko kiwnęła głową. – No przestań już. – Starłem z jej policzków małe łezki spływające jej po twarzy. – Cichutko.
- Nie powiesz mamie?
- Nie. – Pewnie, że nie. Lepiej niech się na mnie wyżyje. – A teraz już o tym nie myśl. Ja się wszystkim zajmę.
- Dzieciaki! Obiad! – Doszło nas wołanie z kuchni.
- Umyj buzie, rączki i chodź.
Wszedłem do kuchni. Gorąca zupa nadal lekko parowała. Mama odłożyła ścierkę i właśnie otwierała szufle by wyciągnąć łyżki.
- Chodźcie.- Zachęciła.
Stojąc w futrynie spojrzałem na nią.
Od śmierci ojca minęły dwa dni, a jej brakowało już łez. Oczy były suche i podpuchnięte. Patrzyłem na cień człowieka. Jednocześnie nie rozumiałem jej. Czyżby naprawdę kochała go tak jak tego jedynego? Ciekawe tylko, dlaczego jakiś czas po moim urodzeniu nas zostawił. Jeszcze dziwniejsze było to, że go broniła twierdząc, że nie miał innego wyboru i to nie jego wina. Broniła go, pomimo iż nas porzucił! Czasami go widywałem, gdy byłem mały. Wtedy jeszcze się spotykali. Gdy miałem dziewięć lat urodziła mi się siostra. Oczywiście, jako niekminiący życia dzieciak byłem z tego faktu przeszczęśliwy, bo długo byłem jedynakiem. Byłem zachwycony małą Moniczką. Miałem śliczną siostrę. Jej jedynymi wadami było to, że płakała, sikała w pieluchy i robiła małe bardzo śmierdzące kupki. Czasami jeszcze do pakietu się obrzygała – taki mały gratis. Ech… Życie było ciężkie nie tylko dla mnie, ale dla nas wszystkich. Zarazem było w tym coś pięknego.
Do kuchni wbiegła Monika. Wszyscy usiedliśmy przy stole i zaczęliśmy jeść. Oczywiście pochwaliłem domowe wyroby mamy, ale ta tylko się lekko uśmiechnęła. Mała zjadła tylko trochę, a ja poprosiłem jeszcze o dokładkę. No, co? Po tak długim dniu, ( który i tak się jeszcze nie skończył) byłem głodny.
Po obiedzie pozmywała mama (zazwyczaj robię to ja – nie żebym się chwalił. Po prostu wraca zmęczona po pracy, więc Monika zajmuje się sprzątaniem, a ja zmywam. Uczciwy podział obowiązków). Tym czasem ja wróciłem do pokoju włączyłem komputer i …
Nie. Nie gram w gry komputerowe. To zwykła pralnia mózgu. Zacząłem szukać wazonu podobnego do tego, który pobiła moja młodsza siostrzyczka. Niestety pech chciał, że nigdzie nie było takiego wzoru, ani nawet podobnego. Ceny tych ślicznych przedmiotów były kosmiczne, więc nawet gdybym znalazł identyczny do tamtego nie byłbym w stanie za niego zapłacić.
Trudno, będę musiał powiedzieć o tym wazonie mamie. Oczywiście ściągnę całą winę na siebie. Zwykle tak robię. Eh. Nie jestem aż takim wrednym egoistą, poza tym mała zrobiła to przez przypadek i w końcu to moja młodsza i jedyna siostra, (czego się nie robi dla rodziny? – Mama mnie zabije).
Kiedy po trzech godzinach poszukiwań dałem sobie spokój przejrzałem pocztę, poczytałem ciekawe fora i zajrzałem na ulubione portale, po czym wyłączyłem sprzęt i zabrałem się do czytania mojej ukochanej książki.
Zanim się obejrzałem zrobiło się już ciemno. Jak ten czas szybko leci … Wrota do mojego królestwa zaskrzypiały i lekko się uchyliły. Z zza nich wyłoniła się drobna twarzyczka dziewczynki.
- Morgan? – Wyszeptała dość apatycznie, co mnie lekko zaniepokoiło.
- Co się stało?
- Mama śpi. Zrobisz mi kolacje?
- Śpi? – Zapytałem z niedowierzaniem.
- Tak. Oglądała coś w telewizji i usnęła na fotelu. Przykryłam ją kocem.
- Dobrze. Dziękuje. – Podniosłem się z łóżka i odłożyłem książkę na biurko. - Chodź, zrobię ci coś do jedzenia.
Wcale nie jestem nadopiekuńczy! W rodzinie takie zachowania są jak najbardziej normalne ( w niektórych pojawia się dopiero w trudnych chwilach). Jeśli u kogoś jest jednak inaczej to znaczy, iż nie zna prawdziwej wartości rodziny.
Przechodząc przez korytarz zdążyłem zerknąć przez uchylone drzwi do salonu. Przez ułamek sekundy patrzyłem na twarz wymęczonej kobiety, która wyczerpana w końcu zasnęła. Oby w tym śnie odnalazła ukojenie.
Pewnie, że jej tak tam nie zostawię. Nie pozwolę żeby wstała rano obolała, czując się jak po łamaniu kołem. Tak. Mam zamiar ją przenieść do jej sypialni, zdjąć jej buciki i przykryć ciepłą kołderką. Raczej nie będzie ciężko biorąc pod uwagę, że jest to dość niska i drobna osóbka. Waży pewnie około pięćdziesięciu paru kilo i ma mniej więcej metr sześćdziesiąt wzrostu. Co to jest dla (prawie) dorosłego człowieka mierzącego dobrze ponad metr siedemdziesiąt? Do wagi nie będę się przyznawał, ale dla jasności mieszczę się w swoim przedziale.
Zaświeciłem światło w kuchni i zasłoniłem zasłonkę w oknie. Monika błyskawicznie znalazła się przy mnie.
- To, co chcesz zjeść?
- Zrobimy tosty? – Spojrzałem na zegarek. Było dopiero po siódmej.
- Wiesz, co? Mam lepszy pomysł. Masz może ochotę na tosty, popcorn i colę?
- Tak! – Zawołała uradowana. Już się wystraszyłem, że obudzi mamę. – Ale wiesz, że to jest niezdrowe.
- Wiem. – Ech, co za dziewczyna – Ale dziś zjemy wyjątkowo. Leć włącz u mnie komputer.
- Po co? – Zapytała zdezorientowana.
- Zobaczysz – Powiedziałem uśmiechając się. – No leć.
Posłusznie pobiegła do mojego pokoju. Ja w tym czasie wyciągnąłem toster i garnek do prażenia kukurydzy. Zajrzałem do szafki w poszukiwaniu tych magicznych ziarenek, które po podgrzaniu zamieniają się w jadalny styropian. Na szczęście uchowała się tam jeszcze jedna i niestety ostatnia paczuszka. Nalałem do garnka trochę oleju i ze stukotem wsypałem ziarenka, gdy olej już się rozgrzał i przykryłem. ( Ostatnim razem, kiedy robiłem sobie popcorn bez pokrywki miałem mnóstwo sprzątania.)
W międzyczasie wyciągnąłem chleb i zajrzałem do lodówki – (kurcze przydałoby się zrobić jakieś zakupy). Wyciągnąłem resztkę sera, kawałek szynki i zabrałem się do robienia tostów.
- Już. – Powiedziała z uśmiechem. Nawet nie zaważyłem jej powrotu.
- Dobra. Wyciągniesz mi miskę? – Ledwie o to poprosiłem, a już biegła do szafki. Wyciągnęła z niej wielką zieloną michę, do której wsypałem to, co już się uprażyło. Szybko wyciągnąłem talerz i wyłożyłem na niego gorące tosty (oczywiście parząc sobie przy tym palce).
- Posól. – Poprosiłem dodając jej solniczkę.
Sam poszedłem do pokoju, w którym głośno pracował mój komputer ( nie moja wina, że głośno, wiatraczek sam się wyszczerbił). Z pod łóżka wyszarpałem pudełko po butach wypełnione bajkami i filmami. Przyniosłem je do kuchni i położyłem na stole.
- Możesz wybrać sobie, co tylko zechcesz. – Szybko wyciągnąłem następną porcje popcornu i tosty.
- Naprawdę? – Spytała zaskoczona.
- Pewnie. – Włożyłem nowe tosty i pobiegłem z powrotem do siebie zrobić porządek przy komputerze. Naszykowałem dwa fotele, a następnie wróciłem po dwie duże szklanki, które wypełniłem colą.
- Już wybrałam.
- Co?
- Alicje w Krainie Czarów. – O nie! Nienawidzę tej bajki. Nie wiem, czemu, ale ma ona na mnie złe oddziaływanie psychiczne.
- No dobrze. – Czego się nie robi dla siostry. – Włóż ją do komputera.
Monika pognała, a ja dalej bawiłem się w kucharkę i testera – sprawdziłem czy nasz styropian jest dobrze doprawiony i wyciągnąłem ketchup z szafki.
- Włożyłam. – Poinformowała mnie radośnie.
- Świetnie. Chodź weź miskę. - Po raz kolejny pobiegłem do siebie tym razem by podłączyć głośniki i uruchomić film w opcji full screan. Mała grzecznie podreptała za mną. – Usiądź sobie a ja przyniosę tosty.
- Morgan. – Zawołała mnie kładąc miskę na biurku.
- Co?
- Ja chcę słomkę do napoju.
- Ha! Ha! No dobra. - Mała była urocza. Zupełnie jak mama. Właśnie, mama.
Delikatnie uchyliłem drzwi salonu. Telewizor cicho grał oświetlając jej twarz, a ona spała tak spokojnie i słodko. Wziąłem ją na ręce i przeniosłem do jej sypialni. Tak jak przewidywałem nie była za ciężka. Zaświeciłem małą lampkę nocną przy łóżku w razie jakby się obudziła w nocy, choć wydawała się spać głęboko. Mam nadzieję, że w końcu trochę odpocznie.
Przykryłem ją jeszcze i ruszyłem na poszukiwanie kolorowych słomek dla królewny, którą była moja siostra - moje oczko w głowie. Znalazły się w kredensie w szufladzie. Wziąłem od razu dwie, ( czemu tu się dziwić, nie mam zamiaru być gorszy od niej) i do tej samej ręki ketchup, zaś do drugiej talerz z tostami i wróciłem (już chyba po raz dziesiąty) do pokoju, w którym za chwilę miał rozpocząć się seans. Wypakowałem zawartość rąk na blat. W między czasie Monika zabrała się do pałaszowania popcornu.
- Tosty przyniosłem. Popcorn zjemy za chwilę.
- Łeee … - Zamarudziła. – No dobra.
Puściłem bajkę i zabraliśmy się do jedzenia naszej niezdrowej kolacji – za to, jakiej smacznej. Oczywiście oglądałem z nią, choć nie rozumiałem filozofii Krainy Czarów. Było to jakieś nieposkładane. Nie ogarniałem tego w żaden sposób (ani sercem, ani rozumem).
Spojrzałem na zegarek. Dochodziła już dwudziesta pierwsza. Mała w między czasie zdążyła już usnąć. Ją też przeniosłem do jej pokoiku i okryłem kołderką. Jak dla mnie było jeszcze wcześnie, więc włączyłem sobie film akcji. Prawdę mówiąc był to, co poniekąd thriller. Skończyłem po jedenastej, wyłączyłem komputer i szybko pozmywałem. Potem poszedłem spać. Niestety totalnie nieświadomy tego, co przyniesie jutro. (Gdybym wiedział pewnie zrobiłbym wszystko by mnie to ominęło.) No cóż jestem tylko człowiekiem. Następnego ranka, gdy tylko otworzyłem oczy czekała już na mnie mała niespodzianka…

wtorek, 21 września 2010

Co jest grane?

Co jest grane? 2010-08-18 19:48:43

Moje życie było idealne. Tak, mówię prawdę. Dla mnie moje życie było doskonałe i nie zamieniłbym go na żadne inne. Dom, rodzina...
Ech...  Tak, Przyjaciół mi brakowało. Jestem typem samotnika. Czasami było mi źle. Nie miałem wsparcia, brakowało miłości tej drugiej osoby, nie było kumpla, który by mnie pocieszył, gdy tego potrzebowałem. Poza tym moje życie było najwspanialsze na świecie.
Pewnego dnia wszystko się zmieniło. Pewnego jesiennego dnia mój piękny świat legł w gruzach wraz z jego fundamentami, zasypując mnie w nich...
Pewnego jesiennego wieczora po powrocie do domu dowiedziałem się ze mój ojciec miał rozległy zawał i nie żyje. Nie mieszkałem z nim, ale był jednak moim ojcem i nadal żywiłem do niego dziecięce uczucie miłości i uwielbienia. Moje serce nie tyle rozrywał mi potok żalu, co siła nienawiści. Byłem zły na samego siebie. Ludzie zbyt szybko odchodzą. Odchodzą, a my, a ja jestem wobec tego bezradny. Jestem panem swojego życia, ale nie mam władzy nad śmiercią.  Czy to nie ironia? Mój ojciec odszedł. Odszedł już na zawsze i nigdy nie wróci. Zostałem sam z matka i siostrą.
Zamknąłem się w pokoju z nienawiścią do samego siebie. Z nienawiścią, która wyzwoliła we mnie nową siłę...
(Może wyda ci się to dziwne, ale każdy człowiek posiada taką wewnętrzną energię, której nie umie wyzwolić w żaden sposób, a próby te są tak naprawdę podświadome i nieustanne, bo w rzeczywistości ona sama chęć się z nas wydostać.)
Ta złość wyzwoliła we mnie tą energie i stałem się wyprany z ludzkich emocji. Niewzruszony. Nie byłem ani szczęśliwy ani smutny. Byłem bez wyrazu, nijaki, nic nie odczuwałem i niczego nie okazywałem.
Zmęczony po tym wszystkim rzuciłem się na łóżko i usnąłem.
Zerwałem się nagle. Było już ciemno. Zajrzałem na zegarek. Nie. Było chwile po piątej. Jednak świtało. I tak bym nie zasnął, więc poszedłem do łazienki by sie ogarnąć i ubrałem się. W końcu zmierzałem do kuchni. Przechodząc obok drzwi zewnętrznych usłyszałem ciche pukanie. Stanąłem na chwilę. Nie. Musiałem się przesłyszeć, pomyślałem. Już podnosiłem nogę by zrobić kolejny krok do przodu, gdy pukanie sie powtórzyło. Tym razem było głośne i słyszalne.
Byłem ciekawy, kto się dobija tak wcześnie. Dobrze, że nie użył dzwonka. Zajrzałem przez małe oczko w drzwiach. Ujrzałem twarz jakby znajomego mi chłopaka, ale nie potrafiłem sobie przypomnieć gdzie go już widziałem. Trudno, oby miał ważny powód, bo robiłem się już głodny. Otworzyłem drzwi żeby go wysłuchać mając nadzieje, że będzie się streszczał.
- Hej. - Nie przypuszczałem, że mam tak zaspany głos.
- Hej. Nareszcie. - Odparł wesoło.
- Co nareszcie? Co się stało? - Starałem się mówić tonem zachęcającym do zwierzeń - Wejdź.
Rozmowa w drzwiach o poważnych problemach... Nie to nie odpowiednie miejsce, zresztą to nie kulturalne. No i to echo nad ranem na pustej klatce schodowej. Nie miałem zamiaru budzić sąsiadów, czy wysłuchiwać później ich narzekań na hałasy nad ranem. A ta sąsiadka z czwórki... Z tą lepiej nie zadzierać.
Chłopak uśmiechnął się szeroko i raźnym krokiem wszedł za mną do kuchni.
- Masz ochotę na małe śniadanie? - Zapytałem grzecznie.
- Ok. Oczywiście, jeśli mogę. Może ci pomóc?
- Nie, nie trzeba. Poradzę sobie - wyciągnąłem jajka i patelnie. Ciągle starałem się sobie przypomnieć gdzie go już widziałem. Wysoki brunet o czarnych oczach w czarnych glanach i dżinsach, granatowa koszulka z krótkim rękawem.
- Możesz mi przypomnieć jak masz na imię?
- Baltazar - mimo że stałem tyłem wiedziałem, że uśmiecha się jeszcze szerzej
Nie, imienia nie kojarzę. Cholerka czyżbym miał tak słabą pamięć? Hmm...
- Skąd ja cię znam? Wcześniej cię tutaj chyba nie widziałem. Przypomnij mi. - Poprosiłem grzecznie mieszając paćkę coraz bardziej przypominającą jajecznice.
- Mieszkam w okolicy od jakiś dwóch lat. - Nagle jakby spochmurniała.
- Ciekawe, czemu się wcześniej nie poznaliśmy? Na jakiej ulicy mieszkasz?
- Na poprzecznej.
- To przecież całkiem blisko. - To było niemożliwe. Znałem tu prawie wszystkich. Wszystkich z widzenia. I znajomych tych wszystkich też. Tylko jego jakoś nie za bardzo kojarzyłem. - Widocznie musiałem cie przeoczyć - stwierdziłem wkładając jajecznice na dwa talerze i stawiając je na stole.
- Dzięki.
- Proszę. Powiesz mi, co cię sprowadza do mnie tak wcześnie?
- Ty.
- Ja? - Nie no to chyba jakiś żart, pomyślałem
- Nie, moja ciocia Gienia.
- Acha. - Mruknąłem bezmyślnie przełykając maleńką porcje jajecznicy.
- Ech... No przecież, że ty inaczej bym z tobą nie siedział i nie rozmawiał. - Mówił trochę podniesionym głosem, na szczęście nie krzyczał.
- Ja, to znaczy, że co?  - No i zrobiłem z siebie idiotę.
- No ty, że ty. Przyszedłem do ciebie rozmawiać o tobie. - W tonie jego głosu wyczułem zrezygnowanie
- Co? - Dalej ciągnąłem proceder robienia z siebie tępego kretyna - Możesz tak jaśniej?
- Więc ty nic nie wiesz? Nie wiesz, kim jesteś? - Ten fakt go wyraźnie zaskoczył.
- Wiem. Nazywam się Morgan Tacher i mieszkam tu już od siedemnastu lat. - Mój gość nagle zaczął się śmiać.
- Może to lepiej, że do tej pory nie wiedziałeś, kim jesteś - wyksztusił, kiedy wreszcie zaczęło mu przechodzić. - Nikt ci nic nie powiedział, nie no, nie wierze. Ty nie masz o niczym bladego pojęcie. To teraz będzie niezła jazda. Zdziwisz się chłopaku, co jest grane
- Baltazar uspokój się - parsknął ktoś z pogardą - Dzieciak ma szczęście, że jeszcze go nie dopadli
Do pomieszczenia weszła przepiękna dziewczyna. Jej włosy były płomiennie rude, oczy czysto błękitnie, a twarz bez najmniejszej skazy. Nie była za wysoka, ale poruszała się z niezwykłą gracją. Miała na sobie jasno niebieskie dżinsowe rurki i żółto czarną bluzeczkę.
- Ha! Ha! No fakt Ela, ale jak mieli go znaleźć skoro nie wiedzieli, czego szukać.
- Zamknij się już, bo zaraz nas znajdą. - Po tych twardo rzuconych słowach chłopak nagle spoważniał
- Przepraszam, może mi ktoś wreszcie wyjaśnić, co się dzieje? - Cały czas tempo przysłuchiwałem się ich krótkiej dyskusji i teraz miałem ochotę żeby ktoś mi wreszcie powiedział, co się do jaśniej ciasnej dzieje.
- To jest Elegia. Ma doskonały wzrok i niedościgniony słuch. Potrafi wyłapać odrzutowca pędzącego z ponad dźwiękową prędkością o pięć minut szybciej zanim znajdzie się nad twoją głową
- Ach wciskacie mi kolejny kit. Tak? - Nie w takie bajki nikt by nie uwierzył, nawet ja
- No i widzisz, co narobiłeś. Dobra i tak musimy się stąd zmywać. Czarne Kobry kręcą się w okolicy. - Rzuciła lekko zdenerwowana dziewczyna
- Zbieraj się Morgan. Idziesz z nami.
- Co?! - Głośno zaprotestowałem, nie miałem zamiaru nigdzie iść
- Nie krzycz, bo obudzisz cały blok. Wychodzimy. Wszystko wyjaśnię ci na miejscu.
- Ale dokąd mnie zabieracie?!
- Uspokój się już. Zabieramy cie do naszej kryjówki. Tam wszystko ci wyjaśnimy. No a teraz nie marudź tylko chodź.
Baltazar pociągnął mnie za sobą i ani się obejrzałem już wychodziliśmy z mieszkania. Zdążyłem tylko szybko wsunąć nogi w moje trampki, a w sekundę później chłopak zamykał drzwi na klucz. Za nim jeszcze zamek zdążył dobrze zgrzytnąć klucza już nie było.
- A ty, co potrafisz? - W moim głosie pobrzmiewało lekkie przerażenie
- Pokaże ci na miejscu.
Więcej żadne z nich się nie odezwało. Prowadzili mnie różnymi uliczkami, których nie znałem. Miałem dziwne wrażanie, że oni sami nie wiedzą, dokąd idą. Kręcą się w kółko, błądzą nie potrafią się odnaleźć albo próbują mnie gdzieś wyprowadzić. Przecież poprzeczna jest tuż za rogiem!  Milczałem jednak cały czas czekając na rozwój sytuacji. Słońce powoli sie podnosiło a my nadal szliśmy. Miałem już dość tego bezsensownego łażenia. W końcu odczułem jak strasznie moje nogi mają dość. Na piecie zaczęły mi się robić palące pęcherze od słabo zawiązanych butów. Błagam niech to się już skończy!
Nagle się zatrzymali.  Baltazar zerknął kontem oka na dziewczynę, ta z kolei lekko skinęła głową. Chłopak narysował coś w rodzaju dużego prostokąta, w którym powietrze zaczęło delikatnie falować.
- Panie przodem. - Powiedział radośnie. Elegia przeszła na drugą stronę i zniknęła nam z oczu. - Twoja kolej - powiedział tłumiąc chichot
Zbliżyłem się do tego dziwnego czegoś, w którym powietrze się parszało. Poczułem jak delikatny wiaterek owiewa mi twarz. Zbliżyłem się jeszcze bardziej i...